Mama

Te dwa błędy doprowadziły mnie do frustracji

29 stycznia 2018
SONY DSC

O rany, jak ja ostatnio mam wszystkiego dość. Serio! Czuje się zmęczona i totalnie wyprana z energii. Nawet kawa nie stawia mnie na nogi. Coraz częściej zaszywam się na schodach i wpierdzielam ciastka, a to pierwsza oznaka depresji 😀 Ja rozumiem przedłużający się baby blues albo chwilowy spadek nastroju ale dwa tygodnie ciągłego biadolenia kiedy Twoje dziecko ma półtora roku?!

 W którymś momencie musiałam popełnić błąd. Mam w domu cudownego (a co!) nie bobasa i zamiast się tym moim nie bobasem cieszyć to się wkurzam i to prawie nieustannie. WTF?! No ja wiem, że wszystkie dźwigamy swój krzyż, ale bez przesady! Nie chce się przemienić w cierpiętnice…

Postanowiłam walczyć. Zrobiłam analizę problemu (albo jak mówi M – poszłam po rozum do głowy) i zamiast biadolić zadałam sobie jedno, bardzo ważne pytanie – jak do tego doszło? Czyli: co ja takiego zrobiłam, że obecnie zamiast się tym moim macierzyństwem cieszyć to niemal bez przerwy narzekam?

Po pierwsze…

Nie chciałam pomocy. Albo raczej nie umiałam o nią prosić i nie potrafiłam jej przyjąć. Serio.  Byłam święcie przekonana, że jeśli kogokolwiek poproszę o pomoc to wraz z ciepłym obiadem otrzymam pełne litości spojrzenie. A wiesz jakbym je zinterpretowała? Jestem do dupy. W chwili, w której urodziłam Jana gorąco wierzyłam, że nie tylko jestem w stanie! ale i POWINNAM poradzić sobie sama. I to ze wszystkim – z dzieckiem, z praniem, gotowaniem i sprzątaniem. A to, że nie wyrabiałam zwalałam na karb albo braku zorganizowania albo niekompetencji. W rezultacie przez ponad pół roku robiłam dobrą minę do złej gry czyli u teściowej zmieniałam się w śmieszkę, a we własnych czterech ścianach non stop kolor ryczałam. Dlatego… Proś o pomoc! Wszystkich – mamę, teściową a jak trzeba to nawet sąsiadkę. Serio. Najgorsze co możesz zrobić to zgrywać bohaterkę i toczyć heroiczną walkę o przetrwanie.

Po drugie…

Zamknęłam się w domu. Powiedzmy sobie szczerze – w pierwszych tygodniach to całkiem normalne, ale żeby tak ciągle? Umówmy się – zamknięcie w czterech ścianach NIKOMU nie służy. Serio! Żadna matka nie powinna tego praktykować. Aha i spacer wokół domu (tudzież bloku) to nie wyjście… Dlaczego nie wychodziłam? No cóż… Na początku bałam się zostawić Jana, a potem do tego siedzenia przywykłam – co absolutnie nie oznacza, że je polubiłam. Czułam wewnętrzną sprzeczność.  Z jednej strony chciałam być dobrą mamą (taką, która w stu procentach oddaje się dziecku), z drugiej miałam ogromną potrzebę autonomii. Ale o tym, może innym razem. Reasumując – wychodźcie z domu. Bez dziecka. I róbcie to z radością, a nie wrzutami sumienia!

Dwie rzeczy – pomoc i wyjście bez dziecka. Pomoc, której nie chciałam i nie potrafiłam przyjąć, a która mogła być zbawienna. Wystarczyło poprosić o ten głupi obiad, pozwolić teściowej wyjść z Janem na spacer, odwiedzić rodziców i spróbować się wyspać. Nie szaleć i nie wymyślać. Przez cały (calusieńki!) rok zagłuszałam swoje potrzeby. Bardzo, bardzo skrupulatnie je chowałam, obiecując sobie, że kiedyś przecież po nie wrócę. Poczekają na mnie – rok, dwa… dziesięć. I co dostałam w zamian? Frustrację.

Jeśli zajmujesz się swoim dzieckiem dwadzieścia cztery godziny na siedem to błagam Cię wygospodaruj te trzydzieści minut dziennie tylko i wyłącznie! dla siebie i to bez względu na to czy Twoje dziecko ma tydzień czy półtora roku. Dla mnie to recepta. Na szczęście.


DOBRNĘŁAŚ DO KOŃCA? SUPER! BARDZO SIĘ CIESZĘ, ŻE KOLEJNA ZARWANA NOC NIE POSZŁA NA MARNĘ  🙂 JAK MYŚLISZ – TEN TEKST MÓGŁBY SIĘ KOMUŚ PRZYDAĆ? JEŚLI UWAŻASZ, ŻE TAK TO PROSZĘ CIĘ O:

  • KOMENTARZ (NAJLEPIEJ MIŁY :D)
  • LAJKA, SERDUSZKO TUDZIEŻ INNĄ MEGA SPONTANICZNĄ REAKCJĘ
  • UDOSTĘPNIENIE

W TYM CELU ZAPRASZAM CIĘ NA MÓJ FANPAGE

AGNIESZKA,

  • EwkaJJ

    Jakbym czytała o sobie… słowo w słowo Ja…

    • Moglie

      W takim razie… Jak najszybciej wyjdź z domu! 🙂