Mama

No to jak: było tym matką kiedyś ciężej czy nie?

13 listopada 2017
SONY DSC

Nie lubię uogólnień. Nie lubię gdy ktoś mówi, że ja – matka dwudziestego pierwszego wieku – nie mam na co narzekać. Bo wiesz, ja mam pralkę, mam zmywarkę i pampersa. Jest mi lżej. Jest łatwiej, szybciej i skuteczniej. Mniej roboty i mniej zmartwień. Tylko czy na pewno…

Kiedy wpada do Nas moja mama (tudzież teściowa), zawsze słyszę tekst ‘ja to Cie podziwiam’. Nie dlatego, że jestem nad wyraz piękna czy obrotna, nie, nie – w moim domu regularnie bywa zasyfione i nie mam tu na myśli porozrzucanych klocków. Nie pościerane kurze, niestarta podłoga, jakiś sok na blacie.

A tu proszę… podziw!

A teraz spójrz wstecz, trzydzieści lat wstecz.

Moja mama nie wychowywała mnie sama – oprócz taty, miała do pomocy DZIADKÓW. I to dziadków na emeryturach. Wystarczyło po nich zadzwonić, a swego czasu to nawet krzyknąć, bo tych dziadków miała za ścianą. No luksus! Po prostu luksus! Matko, jakże piękne byłoby moje życie, gdybym rano na spokojnie mogła się wykąpać.

Powiem Ci więcej! Moi rodzice dzielili się obowiązkami i ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ, bo jak zapewne wiesz – macierzyński kiedyś trwał krócej. Dużo krócej! Po trzech miesiącach laby (serio napisałam laby?!) kobieta wracała do pracy! Normalnej, pełno wymiarowej pracy. Takiej POZA domem. Z automatu przestawała być głównym (o ile nie jedynym): przewijaczem, wyprowadzaczem i  animatorem zabaw. Dietetykiem i kucharzem w jednym! Nie była JEDYNĄ osobą wiosłującą plastikową łyżką.

I to była higiena. Higiena umysłu.

Jak myślisz, co zrobiłam kiedy Jan walnął  śluzowatą  kupę? Trochę śluzowatą kupę… Popędziłam do lekarza! Rozumiesz, zrobiłam wielkie halo o NIC. Przepraszam, ale czy tylko ja mam wrażenie, że to efekt zbyt długiego siedzenia w domu? Stałam się nadwrażliwa! Fiksze, po porstu fikszę. Wyłapuje każdy glutek i to nawet w kupie.

Kiedyś nie było pampersów i… PRESJI.

Nie było internetu,  nie było facebook’a, nie było instagrama i… PORÓWNYWANIA! Matki nie zaglądały sobie do garnków, nie parzyły na pokaz butelek i nie sterylizowały smoczków po zetknięciu z blatem (i to jakim kol wiek). Nikt nie robił Ci wyrzutów o czapkę! Mogłaś karmić swoje dziecko manną, zwykłą manną! I mogłaś dać mu chleb. ZWYKŁY. BIAŁY. CHLEB.

Wiesz co boli współczesną matkę? Wiedza! Przytłacza ją świadomość błędu. PIERWSZE TYSIĄC DNI… No kurczę! Czy tylko mnie – codziennie – dręczy ten slogan?

Nie zazdroszczę mojej mamie porodu, nie zazdroszczę tetry ani pralki o imieniu Frania. Nie zazdroszczę węglowego pieca (choć ten pewnie miał swój urok), nie zazdroszczę kolejek i zakupów na kartki. Ale zazdroszczę jej SPOKOJU. Zazdroszczę tego, że mogła wychowywać Nas sama. Bez udziału świata. Bez udziału innych matek, innych ojców i bezdzietnych specjalistów.


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? A MOŻE ZNASZ OSOBĘ, KTÓRĄ RÓWNIEŻ BY ZAINTERESOWAŁ? JEŚLI TAK, BĘDZIE MI SZALENIE MIŁO JEŚLI :

  • POLUBISZ GO LUB UDOSTĘPNISZ NA MOIM FACEBOOK’U
  • POINFORMUJESZ MNIE O TYM W KOMENTARZU PRZY OKAZJI DZIELĄC SIĘ SWOIMI UWAGAMI
  • WESPRZESZ GRUPĘ, KTÓRA INTERESUJE SIĘ MOIM BLOGIEM I POLUBISZ MÓJ KANAŁ NA FACEBOOK’U

DZIĘKUJĘ! MAM NADZIEJĘ, ŻE JESZCZE DO MNIE WRÓCISZ 🙂