Kobieta

Chodź, opowiem Ci o tym czego nauczyło mnie macierzyństwo

28 sierpnia 2017
SONY DSC

Chodź, opowiem Ci o tym czego nauczyło mnie MACIERZYŃSWO. To nie będzie traktat o odpowiedzialności (czyli o tym jak w pół dnia wydoroślałam), czy też esej o organizacji czasu (sorry, ale dla mnie doba jest zbyt krótka i za Chiny nie potrafię upchnąć w niej spaceru, dwudaniowego obiadu, prania, prasowania, czyszczenia toalet oraz półgodzinnego prysznica). Nie napiszę o wyrozumiałości, ani nie sprzedam Ci patentu na regeneracje. W takim razie, o czym będzie ten tekst? Będzie o – szczęściu.

Jest takie uczucie, które zalewa Nas w czasie wyprzedaży – i nie mówię o zawrotach głowy tudzież mdłościach wywołanych przesytem wrażeń J Mam na myśli stan, w który wpadamy przy kasie ściskając w ręku dwie pary czółenek i o matko! płacąc tylko za jedną. Ściska nas wtedy w żołądku, bo oto Nasza karta kredytowa nie zostanie obciążona kwotą, która zwala z nóg nawet rosłych mężczyzn. To taka mieszanka endorfiny z adrenaliną, podszyta nutką podekscytowania. Stan, który zawsze nazywałam – szczęściem.

Bo tak, wydawało mi się, że jestem szczęśliwa w chwili, kiedy nowe buty ewentualnie bluzka lądowały w mojej szafie. Serio! Czułam, że nie może być lepiej. No dobra, może trochę przesadziłam. Bo lepiej bywało. Na przykład wtedy, gdy przez bite dwa tygodnie grzebałam stopą w kalabryjskim piasku albo… Kiedy jadłam trzy pucharki lodów z rzędu. No co, chyba mi nie powiesz, że Ty po takiej dawce węglowodanów nie skaczesz ze szczęścia?

Jak widzisz, za każdym razem szczęście równało się dla mnie – materialna rzecz ewentualnie sytuacja okraszona materialną rzeczą – o na przykład tym wspomnianym piaskiem. Szczęście musiałam poczuć. Dosłownie, P O C Z U Ć. Dotknąć, powąchać ewentualnie posmakować. No nie było bata, żebym szczęściem nazwała coś nienamacalnego. Powiem Ci więcej – szczęście było dla mnie czymś, co przychodzi z zewnątrz. Czymś takim co wpada na chwilę i za żadne skarby nie chce trwać wiecznie. Rozumiesz? Żaden permanentny stan.

A teraz wróć na początek trzeciego akapitu… Widzisz?

WYDAWAŁO MI SIĘ. Wydawało mi się, że jestem szczęśliwa! Czyli tak naprawdę nigdy nie byłam. A przynajmniej nie w tym sklepie i nie na tej plaży. Nie z powodu ubrania, ani gorącego piasku! Bo to nie rzeczy Nas uszczęśliwiają. Szczęście nosimy w sobie, jakkolwiek banalnie to brzmi.

I ja, nie zrozumiałabym tego gdyby nie mój syn. Gdyby nie moje dwadzieścia paluszków. Bo tak, to dzięki niemu poczułam – wdzięczność. Serio! Z dnia na dzień stałam się wdzięczna za te wszystkie najzwyklejsze rzeczy które już mam. A mam NIESAMOWICIE dużo – zdrowe dziecko i kochającego męża.

Wiesz czemu ludzie, tak często narzekają? Bo ciągle patrzą nie w tą stronę. Nieustannie gapią się na rzeczy, których albo nie mają albo mają za mało. Najzwyczajniej w świecie nie potrafią DOCENIĆ. Mało tego! Nie umieją dziękować i są totalnie – niewdzięczni.

Z pewnością masz wokół siebie ludzi. Zastanów się – czy choć jedna z tych osób Cie kocha? Czy znajdziesz wśród nich taką, która za Tobą tęskni? Jeśli Twoja odpowiedź brzmi TAK, to znaczy, że jesteś szczęściarą. Skoro czytasz ten tekst to domniemam, że masz dziecko. Czy Twoje dziecko jest zdrowe? Jeśli znów odpowiedziałaś TAK, to jesteś szczęściarą do potęgi.

Widzisz? To całkiem proste.


SPODOBAŁ CI SIĘ TEN WPIS? A MOŻE ZNASZ OSOBĘ, KTÓRĄ RÓWNIEŻ BY ZAINTERESOWAŁ? JEŚLI TAK, BĘDZIE MI SZALENIE MIŁO JEŚLI :

  • POLUBISZ GO LUB UDOSTĘPNISZ NA MOIM FACEBOOK’U
  • POINFORMUJESZ MNIE O TYM W KOMENTARZU PRZY OKAZJI DZIELĄC SIĘ SWOIMI UWAGAMI
  • WESPRZESZ GRUPĘ, KTÓRA INTERESUJE SIĘ MOIM BLOGIEM I POLUBISZ MÓJ KANAŁ NA FACEBOOK’U

DZIĘKUJĘ! MAM NADZIEJĘ, ŻE JESZCZE DO MNIE WRÓCISZ 🙂